Czarna magia. Po koncercie Jose James w Berlinie
Odkrył go Gilles Peterson, radiowy guru współczesnych brzmień i propagator klasycznych dźwięków. Dwa lata temu dał temu młodemu wokaliście szansę wypłynięcia na szersze fale, nie tylko, radiowego eteru. I tak dzięki sesjom w wytwórni Bronswood ukazała się pierwsza płyta Jose Jamesa zatytułowana “The Dreamer”.
Prawie nikomu nieznany ale obdarzony absolutnym talentem nowojorczyk, z dnia na dzień stał się jednym z najbardziej pożądanych soulowo-jazzowych głosów w muzycznej branży. Dla niektórych następca Maxwella czy D’Angelo, “pościelowe” śpiewanie wniósł na wyższy poziom sztuki. Debiut płytowy przyniósł dawkę gęstego jazzu i wysublimowanego soulu. Byłby to jeden z wielu podobnych do siebie albumów, gdyby nie hip-hopowa zadziorność kryjąca się pod aksamitnym głosem Jose. Piosenki o miłości, pożądaniu i samotności byłyby tylko ładnymi piosenkami, gdyby nie korzenie artysty, od których on sam nie ma zamiaru się odcinać. Ktoś, komu dobrze zarówno w eleganckim garniturze jak i w bluzie z kapturem, potrafi rozpalić zmysły (“Desire”, “Red”) i poruszyć umysł (“Park Bench People”) w poszukiwaniu nieśmiertelnych odpowiedzi na najważniejsze pytania tego świata.
Nie dziwi więc fakt, że na następnej płycie Jamesa pojawiła się nutka nowoczesności. Moodyman, Flying Lotus czy DJ Matsu The Beat – to artyści współpracujący z wokalistą przy “Blackmagic”. Trafny tytuł dla iście magicznego materiału. Znany “Made For Love” nagrany w duecie z Lotusem to nic innego jak hipnotyczny jazz okraszony psychodeliczną elektroniką, do tego cudownie rozerotyzowany. Na tym albumie muzyk odbił od stricte jazzowego klimatu. Tam gdzie innym wyszłaby konfekcja i mdławe balladki, w których styl staje się usprawiedliwieniem oczywistej treści, wokalista udowadnia wyższość intuicji nad zimną kalkulacją. Najwyraźniej pragnie być nadal artystą a nie produktem wtłaczanym na siłę słuchaczowi.
Z przyjemnością patrzy się na niego i słucha, przede wszystkim na żywo. Niedzielny koncert w berlińskim Lido to kolejny dowód, że mamy przed sobą kogoś wyjątkowego. Nic tak dobrze nie robi na koniec weekendu, jak okład z jazzu.
James zaśpiewał numery z obu płyt, “Made For Love” zostawiając na koniec. Zrobił ukłon w stronę klasyki i w duecie z fascynującą Jordaną de Lovely zaśpiewał ?I Want You? Marvina Gaye. Panna de Lovely ( swoją drogą nazwisko idealne dla przyszłej gwiazdy) to biała dziewczyna z Brooklynu. Świetny jazzowy głos i tak jak Jose, hip-hopowe korzenie. Dodała wysublimowanemu show trochę ognia. Ich wspólne wykonanie “Love Conversation” spowodowało miłosne uniesienia wśród publiczności. Znakomity występ w niedużym klubie, bez tłoku, bez dymu, w świetle wielkiej dyskotekowej kuli. James nienagannie ubrany wyczyniał cuda z głosem, nie ulegając jednak pozie gwiazdora. Towarzyszący mu zespól wtórował artyście w mistrzowskim stylu a partnerująca dziewczyna dodawała wyrazistego smaku. Prawdziwa czarna magia.
Aneta Dolega
koncerty bilety | bileteria | empik bilety na koncerty | sprzedaż biletów na koncerty | koncerty 2011






Komentuj!
Najczęściej czytane:
kto na opener 2011 koncerty 2011Najnowsze koncerty:
Najnowsze spektakle:
Najnowsze opery:
Najnowsze musicale:
Najnowsze przedstawienia baletowe: